Hiszpania

Nie wiem jakim cudem, ale między 9 czerwca a 25 września 2014 r. byłam w Sewilli w ramach osławionego programu LLP Erasmus. Udało się, choć nie brałam udziału w żadnej rekrutacji. Pewnego dnia koleżanka powiedziała mi, że są jeszcze wolne miejsca, znalazłam sobie instytucję, która chciała mnie przyjąć i już! A tym miejscem było Centro de Interpretación Judería de Sevilla – malutkie, prywatne muzeum pokazujące historię dawnej dzielnicy żydowskiej w Sewilli. Od razu muszę powiedzieć, że był to jeden z najfajniejszych okresów w moim życiu:) Mimo tego, że wysiadając z autobusu na dworcu w Sewilli wyglądałam jak zwłoki, bo wszystko działo się jak na wariackich papierach. Dwa dni przed wyjazdem byłam na ślubie koleżanki, później szybka podróż do Wrocławia, krótki nocleg, lot do Malagi, 3 godziny czekania na lotnisku na autobus i w końcu 3-godzinna podróż do Sewilli. Co ciekawe do tego autobusu wsiadłam tylko z dwoma paniami, które okazały się Polkami:) Po raz pierwszy w życiu leciałam też sama samolotem, więc było trochę dziwnie.

¡Bienvenida a España!

Od razu wiedziałam kiedy znaleźliśmy się w Hiszpanii, bo ziemia zmieniła kolor z zielonego na rudawo-brązowo-żółty. Na lotnisku dla rozluźnienia od razu poraczyłam się piwkiem i chyba najsławniejszym hiszpańskim tapasem, czyli patatas bravas. Po zajęciu miejsca w autobusie poczułam takie zmęczenie, że najchętniej poszłabym spać, ale widoki za oknem były absolutnie przecudne! Po drodze mijaliśmy kilka uroczych, białych miasteczek. Od tego momentu twierdzę, że połączenie koloru białego i żółtego na budynkach jest najpiękniejsze na świecie. Widoki wydawały mi się dziwnie znajome, a to przez niezliczoną ilość telenowel jaką obejrzałam w młodości. Czułam się momentami jak w starej meksykańskiej hacjendzie:)

Jak u siebie

Nie ukrywam, że potrzebowałam trochę czasu, żeby polubić Hiszpanię. Wieczny hałas, bałagan, hasło, że wszystko zrobi się ‘mañana’, przeokropny upał (temperatura, do której czuję się dobrze to 25 o C), siesta i pozamykane w jej czasie sklepy, niekoniecznie moje smaki i początkowa bariera językowa. Na szczęście po trzech tygodniach przyszedł oczekiwany zwrot akcji i zaczęłam się czuć jak u siebie urządzając sobie codzienne siesty i baaardzo późne kolacje, chociaż 46oC dawało nieźle w kość:) Poznałam tam naprawdę ciekawych ludzi, polepszyłam swój hiszpański, potańczyłam salsę i bachatę, przekonałam się do owoców morza, nauczyłam się sporo o Hiszpanii, dużo zwiedzałam i mało się przejmowałam, a co najważniejsze otworzyła się głowa na wiele spraw:) Myślę, że jeszcze kiedyś tam pomieszkam!