Decyzje warte ryzyka

Nie wiem jak i kiedy minęło 5 miesięcy od mojego przyjazdu do Bilbao. Zawsze bawi mnie to jak w efekcie układa się nasze życie w stosunku do planów jakie uwielbiamy robić (przynajmniej ja do nich należę:)). Półtora roku temu myślałam, że w ciągu 2 lat uda mi się odłożyć wystarczającą sumę na podróż do Ameryki Łacińskiej. I gdybym chciała pojechać na 3 tygodnie to jest to możliwe, ale od zawsze ciągnie mnie tam na dłużej. Udało się coś zaoszczędzić, ale miłość do stołowania się na mieście czasami pochłaniała zbyt wiele. W międzyczasie pragnienie nauczenia się hiszpańskiego i opanowanie go w stopniu większym niż komunikatywny sprawiły, że w lutym tego zaczęłam wysyłać cv do hiszpańskich hosteli i hoteli. Ta opcja wydawała mi się najprostsza, biorąc pod uwagę, że w ciągu ostatnich dwóch lat nie miałam prawie kontaktu z hiszpańskim. Po ponad trzech miesiącach, wysłaniu 640 maili do 30 miast odezwali się do mnie w końcu z hostelu, w którym pracuję teraz. Ufff, ileż to mnie kosztowało czasu i energii!!!:) Nagle cała sytuacja stała się bardziej realna, adrenalina podskoczyła w momencie rozmowy na skajpie po hiszpańsku. Oczywiście ja jako odpowiedzialny pracownik sumiennie się przygotowałam, ale rozmowa zdecydowanie miała hiszpański charakter, czyli panowało totalne odprężenie. W ciągu kilku dni musiałam zdecydować, że się przeprowadzam, chociaż sprawa umowy o pracę czy mieszkania nie do końca była uzgodniona. Teraz mogę stwierdzić, że to była bardzo dobra decyzja.

Jak wysyłałam cv to zaczęłam od najbardziej turystycznych miejsc i moim celem numer jeden była Granada, w której nigdy nie byłam. Jednak z opowieści znajomych i tego co wyczytałam o mieście nie mam wątpliwości, że to musi być niezwykłe miejsce. Tym bardziej, że ja uwielbiam architekturę Andaluzji z jej arabskim charakterem. Jednak w trakcie szukania kolejnych miejsc, do których mogłabym wysłać cv zaczęłam myśleć, że przecież ja nie funkcjonuję dobrze już w temperaturach wyższych niż 27-28 stopni i wiecznie narzekam, że mi za gorąco. Dlatego obrałam kierunek PÓŁNOC! Wysłałam cv do miast Galicji, Asturii, Kantabrii i tajemniczego Kraju Basków, o którym wcześniej nie wiedziałam zbyt wiele. I los chciał, że wylądowałam w największym mieście Kraju Basków. Wiele osób pyta mnie też jak szukałam pracy. Otóż w ogóle nie sugerowałam się ogłoszeniami na portalach dla poszukujących pracy. Skupiałam się na przeszukiwaniu stron takich jak booking.com czy hostelworld.com, bo z doświadczenia wiem, że w hotelach i hostelach bywa dość duża rotacja personelu, przynajmniej w Polsce. Teraz jak sobie myślę ile ja wysłałam cv i porównuję to z siedmioma wysłanymi aplikacjami przez moją obecną współlokatorkę z Anglii to nie mogę powstrzymać się od śmiechu:)

Każdego dnia i z każdą wizytą w nowym miasteczku zakochuję się w tym miejscu coraz bardziej. Zdaję sobie sprawę, że jestem w niezwykłym miejscu na mapie Europy, miejscu gdzie prawdopodobnie żyje najstarszy lud Europy – Baskowie. Byli tutaj jeszcze przed przybyciem Indoeuropejczyków i przez wieki opierali się wpływom z zewnątrz do dziś zachowując swoją kulturę, zwyczaje i język. Choć na ulicach Bilbao prawie nie słychać euskery (dużo więcej w San Sebastian i małych miasteczkach), to obecnie przeżywa swój renesans i coraz więcej młodych Basków uczy się swojego języka. Jednak wpis o Baskach pojawi się trochę później! Może też dlatego opiewam w zachwyty, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona pogodą. Byłam pewna, że na początku listopada będę już musiała się odziewać tak jak w Polsce, a tutaj piękna jesień! Bilbao wygląda cudnie, podejrzewam, że każde miasto otoczone górami jesienią wygląda magicznie.

Coraz bardziej zaczyna mi się też podobać moja dzielnica. Mieszkam pomiędzy Starym Miastem a dzielnicą Santutxu. Do tej pory Santutxu zaniedbywałam, bo wydawało mi się, że pomiędzy wielkimi blokami nic ciekawego się nie dzieje. Jednak to jest zupełnie inny świat, żyje tutaj masa obcokrajowców – Arabów, Latynosów, Marokańczyków. Imigranci w Bilbao są mile widziani, a na wielu baskijskich balkonach wisi taki plakat:

Jednym zdaniem – jeśli macie w głowie jakieś plany, które wiecznie odkładacie na później, może warto zacząć je realizować?:) Czasami warto zaryzykować bez większego analizowania co by było gdyby.

P.S. Wiem, że pewne osoby teraz padają ze śmichu, bo ja przecież bez rozkmin żyć nie mogę!:)

Reklamy