BILBAO – PIERWSZE WRAŻENIA

Ufff……ciężko to wszystko opisać słowami. Podróż absolutnie mnie wykończyła. Podzieliłam ją sobie na dwa etapy – w środę pojechałam pociągiem do Warszawy (pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się ponad godzinne opóźnienie!) i tam spędziłam noc u przyjaciół. A drugiego dnia od 7 rano na nogach, pyszne śniadanie, 4 h czekania na lotnisku, 3,5 h lotu do Madrytu, 2 nerwowe godziny biegu, żeby zdążyć do centrum do 19 na autobus do Bilbao, po to żeby o 23:15 dojechać w końcu do największego miasta Kraju Basków:) Potem tylko taksówka, bo w Bilbao komunikacja nocna działa tylko w weekendy i moim oczom ukazał się piękny, hostelowy pokój…..bez okna! O czym już pewnie wiecie z fb:) Ah ten zaduch, który tam panował……

Akurat ten wpis powstawał w hostelu, podczas mojej pierwszej nocnej zmiany. Na szczęście jeszcze nie pracowałam sama, bo cały hostel był zajęty przez grupę szalonych 15 i 16-latków, których jedynym celem było wypicie jak największej ilości alkoholu bez wiedzy nauczycieli. Poza tym nic nie rozumiałam, bo wszyscy mówili po katalońsku! Nie mam pojęcia jak ja będę uciszać takie grupy pracując w nocy…..

Ale wracając do samego Bilbao, to jest dużo zaskoczeń!

* Nie spodziewałam się, że to miasto jest tak ładne i ma tyle uroku! Stare miasto, czyli Casco Viejo nazywane jest tutaj Siete Calles (siedem ulic). Jest małe, ale naprawdę piękne:) To zupełnie inna architektura niż w Sevilli, ale równie interesująca. Poza tym hostel i moje mieszkanie są dosłownie 5 minut pieszo od Casco Viejo, więc lepiej nie mogłam trafić <3. Widać, że miasto dużo inwestuje w instytucje takie jak Palacio Euskalduna (centrum kongresowe i koncertowe) czy słynne Muzeum Guggenheima, które na przestrzeni ostatnich lat zmieniło obraz Bilbao. Jeszcze 30, 40 lat temu miasto nie było popularną destynacją turystyczną i przez zanieczyszczenie powietrza nazywane było po prostu „kominem”. Miało też bardzo industrialny charakter. Od 1980 r. przekształciło się w miasto usługowe i coraz większą rolę odgrywa turystyka.

* Dużym zaskoczeniem jest też ilość obcokrajowców. Nie wiem jeszcze czy to kwestia dzielnicy, w której mieszkam, ale mieszka tutaj dużo Afrykanów, Arabów i Latynosów. Po przyjeździe musiałam iść na policję, żeby otrzymać numer NIE (Número de Identidad de Extranjero), który muszą mieć wszyscy obcokrajowcy żyjący i pracujący w Hiszpanii. Na policji była gigantyczna kolejka osób chcących  otrzymać ten numer, ale to pewnie codzienna specyfika tego miejsca.

* Nie przypuszczałam, że przez pierwszy tydzień wydam takie miliony monet!!! Wydałam ponad 200 euro właściwie na nic. Tutaj kawka, jedno pintxo, tu piwko i dwa pintxos i 10 euro nie ma. Poza tym oczywiście dochodzi jedzenie, wszelkie wydatki na kosmetyki, których nie mogłam wziąć z Polski ze względu na bagaż, a jeszcze nawet nie dojechałam do Ikei. Ale wiadomo początki bywają trudne i ….drogie:)

* Na szczęście dla mnie na ulicach częściej słychać hiszpański niż euskerę (język baskijski). Raczej używany jest tylko do pożegnań i pozdrowień. Najtrudniejsze jest to, że większość nazw przystanków autobusowych i metra jest właściwie w euskerze. Z tego co już wiem od kolegi z hostelu, który jest Baskiem, euskera jest używana raczej w małych miasteczkach.

* Niby wiadomo, że Bilbao otoczone jest górami, ale wieczne wspinanie się pod górę albo pokonywanie wysokich schodów jeszcze mnie męczy, szczególnie z ciężkimi zakupami:)

Zaskoczeniem nie jest klimat. Pada prawie codziennie, jest bardzo pochmurno i wilgotno. Codziennie jest około 20-24 stopni Celsjusza, ale temperatura odczuwalna jest trochę wyższa przez wilgotność (co bardzo dotkliwie odczuwają moje włosy…). Ale jak jak już wyjdzie słońce to góry otaczające miasto wyglądają pięknie:)

 

Reklamy