¡que aproveche!

Będąc w Sewilli potrzebowałam trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do jedzeniowych nawyków Hiszpanów i szczerze mówiąc chyba nie do końca mi się to udało. Jedyna rzecz, która pozwoliła mi się w tym odnaleźć to to, że jadają bardzo późno:) Na początku dużym zaskoczeniem było to, że prawie do każdego tapasa podawane jest pszenne pieczywo, chipsy lub jedzenie serwowane jest z dużą ilością majonezu. Mimo tego były rzeczy, które smakowały mi bardzo i będąc niedawno w Hiszpanii po raz kolejny starałam się przypomnieć sobie te smaki:)

Zacznę od klasyki, czyli 100 montaditos, bo tam chodziłam prawie codziennie. Montadito lub montado to po prostu mała kanapeczka z różnymi dodatkami. To bardzo popularna sieciówka w Hiszpanii znajdująca się w każdym mieście i miasteczku. Jeśli chodzi o szybką i tanią przekąskę to nie ma sobie równych. Warto zamówić café bonbon, czyli espresso słodzone mlekiem skondensowanym, które wlewane jest na dno szklanki przed wlaniem kawy:)

Niestety w Madrycie nie ma takiej kultury tapasów jak w Andaluzji, a mnie dużo bardziej interesowało spróbowanie kilku mniejszych rzeczy w różnych miejscach niż wydawanie 12-14 euro na menu dnia w jakiejś restauracji. W bliskiej odległości od mojego hostelu znalazłam fajną knajpkę Takos prowadzoną przez Meksykanów. Serwowane przez nich tacos i quesadillas są po prostu pyszne! Miejsce jest malutkie i dość mocno oblegane. Poleciła mi je znajoma, która spotkała się ze mną w Madrycie, ale udało mi się tam wejść dopiero za drugim razem i to po odczekaniu swojego na stolik:)

Innym barem, do którego zajrzałam była Casa Labra przypominająca mi bardzo sewilskie bary na Trianie. Wszystko na szybko, na stojąco przy barze lub na zewnątrz, bez zbędnego rozsiadywania się. Tapasy mają bardzo tanie – od 0,9 do 1,5 euro, więc można jeść aż się uszy trzęsą:) Spróbowałam prawie wszystkiego co mieli dostępne – dorsza, krokiety z dorsza, pierożka z cielęciną i kawałek tuńczyka z pomidorem. Wszystko było smaczne i przygotowywane na miejscu pięć minut wcześniej.

Często rozmawiając w Sewilli ze znajomymi zdarzało mi się napomknąć, że brakuje mi pysznego polskiego pieczywa, twarogu i małych kawiarnii z pysznymi ciastami i dużą kawą, których w Poznaniu nie brakuje. Oczywiście wiem, że gastronomia hiszpańska jest świetna i mają cudowne produkty, ale stołowałam się głównie w tanich barach, więc mogę powiedzieć, że sposób podania tych dań nigdy nie był imponujący. To samo tyczyło się śniadań. Jest kilka standardów śniadania, od których się po prostu nie odchodzi. Zawsze musi się pojawić na talerzu wielka, podpieczona, pszenna bagietka i dobrać do niej można oliwę z pomidorami, oliwę z pomidorami i narodowym skarbem Hiszpanii czyli jamon serrano lub marmoladę i masło. To wszystko dostaje się w malutkich, plastikowych pojemnikach co zawsze mi się kojarzy bardzo hostelowo, a tak się podaje śniadania w ładnych i eleganckich knajpkach. Ja na jedno ze śniadań wybrałam się do knajpki Rodilla, która znajdowała się właściwie pod moim hostelem. Jak się później dowiedziałam to też dość popularna sieciówka serwująca właśnie śniadania.

Powracając do kawiarnii to znajoma, o której wspomniałam wcześniej obrała sobie za cel znalezienie takowej w Madrycie i pokazanie mi jej:) I udało się to jej w 100%, bo trafiłyśmy do miejsca, gdzie serwowane są genialne desery! Do Mamá Framboise maszerowałyśmy ponad godzinę i jak patrzę na mapę to nie jest to jakaś straszna odległość od Puerta del Sol, co tylko potwierdza, że Madryt jest ogromny:D Wszyscy moi znajomi wiedzą, że kocham czekoladę i brak mi silnej woli, więc od razu postanowiłam zamówić co najmniej dwa ciastka:) Zdecydowałam się na ciasteczko marchewkowe z musem z białej czekolady i czekoladowe z malinami. Wydaje mi się, że to już brzmi super, ale ich wygląd też działał odpowiednio na zmysły i moje ślinianki.

Będąc w Toledo udało mi się znaleźć przyjemną knajpkę o nazwie La Enredadera. Spodobało mi się to, że oprócz zamówionego tapasa dostałam wcześniej kawałek tortilli de patatas, oczywiście obowiązkowo z chipsami. Zamówiłam kawałki kurczaka z sosem jogurtowym i było naprawdę pyszne. Do kolejnej lampki wina dostałam gazpacho w filiżance do espresso co było urocze, a gazpacho idealne na toledański skwar.

Jednak zdecydowanie największym odkryciem było trafienie na Mercado de San Miguel, który znajduje się  ok. 10-15 minut pieszo od Puerta del Sol. Czynny do późnych godzin nocnych jest miejscem, które po prostu trzeba odwiedzić! Po pierwsze dlatego, że wszystko jest codziennie świeże (przewija się tam taka ilość ludzi, że nic nie zostaje na kolejny dzień:)). Po drugie w jednym miejscu skumulowanych jest tyle pyszności, że można dostać zawrotu głowy. Po trzecie wszystko jest w przystępnych cenach. Widok takiej ilości różnorodnego jedzenia od razu mnie pobudziło po całym dniu chodzenia w upale, a popijane co jakiś czas rebujito dobrze orzeźwiało.

Można powiedzieć, że spokojnie połowę mojego budżetu przez ten tydzień wydałam na jedzenie, ale było pysznie i tak lubię zwiedzać najbardziej!:)

Reklamy